niedziela, 30 czerwca 2019

Rób to, co kochasz i rób to często!



Czy zastanawialiście się ostatnio, co kochacie robić najbardziej?
Nie myślę tu o tym, co i tak się kocha robić, choć wydaje się to czasem trudne jak gotowanie obiadów dla dzieci, czytanie im bajek wieczorem, randki z mężem itp.
Ale co kochacie robić  a co wypływa z Waszego serca, z waszej najżywszej wyobraźni, z waszych zmysłów?



Ja uwielbiam zapach świtu nad morzem w lecie. Lubię wtedy krótki spacer nad morzem i powrót do ciepłego łóżka, żeby jeszcze trochę pospać, nie za długo bo szkoda dnia, ale żeby jeszcze troszkę się pomościc, bo nie trzeba się przecież nigdzie śpieszyć. Lubię bardzo, kocham wręcz plażowanie nad Bałtykiem. Rozłożyć się w kilka osób na kocach, obłożyć  się wodą mineralną  i białym winem, książkami, mieć białe fale przed oczami wypłowiałą zieleń wydm za sobą, powykręcane sosny w tle i czytać, rozmawiać, kąpać się, smarować olejkiem, potem znowu czytać, zjeść kanapkę, która nad morzem smakuje jak nigdzie indziej, znowu się kąpać i tak przez prawie cały dzień. 


A potem pójść na rybę i surówkę i właściwie mi już tyle wystarczy. Chodzi o to, aby chłonąć ten dzień intensywnie. Posłuchać  morza, popatrzeć na fale, poczuć wiatr na twarzy, pospacerować wzdłuż brzegu, trochę się zmęczyć, trochę  nie robić nic.  Szukanie zresztą rozrywek na siłę, gdy chce się  po prostu odpocząć jest weług mnie bezsensowne.


Kiedy przyjchałam na Hel do przyczepy z kilkoma dziewczynami na babski wyjazd, przeszłam się na bosaka po polu namiotowym, poczułam ten zapach sosen i morza  i zobaczyłam jak tu jest cudownie, zadałam sobie pytanie: dlaczego tak dawno mnie tu nie było?? Dlaczego??
 Chwilę później, gdy w przyczepie ścieliłam sobie  łóżko znalazłam czerwoną tabliczkę z napisem „Rób to, co kochasz i rób to często”. Pewnie ktoś przywiózł ją tutaj i zapomniał o niej, a mnie wpadła w ręce.  Pomyślałam więc, że pytanie, które powinnam sobie stawiać w miarę często powinno brzmieć: dlaczego tak rzadko robię to, co kocham i CO ja kocham robić? Ostatni raz na Helu byłam kika lat temu, poza wypadem w ubiegłym roku, gdy kręciłam program, ale to się nie liczy.


Spacerując brzegiem morza zastanawiałam się więc nad tym, co ja kocham robić?
Uwielbiam jeździć w góry i chodzić po Tatrach. Ostatni raz byłam w górach  chyba z 10 lat temu, kiedy  to na swoje czterdzieste urodziny weszłam na Mnicha w Tatrach Wysokich. A życie przecież tak szybko płynie i jak sprawdzimy, to okaże się, że tych momentów, gdy będę mogła pojechać  w ukochane góry jest coraz mniej.  Konkretnie można to przecież policzyć. Mam 51 lat. W Tatry dobrze jest jechać w październiku, bo nie ma tylu turystów a przyroda o tej porze jest piękna. Załóżmy, że będę się w miarę dobrze czuła do 70- tki. Biorąc pod uwagę rozmaite sytuacje zawodowo- rodzinne to prawdopodobnie będę mogła jechać co drugi, co trzeci rok. Czyli, jak wszystko dobrze pójdzie, to do końca mojego życia w Tatrach jesienią będę tylko 7 razy!
Czyli to, co kocham zrobię jeszcze zaledwie kilka razy  życiu.


No dobrze, to może podróż do Gruzji? Uwielbiam zwiedzanie zabytków, uwielbiam poznawanie ciekawych historycznie miejsc, uwielbiam dobre jedzenie i spływy kajakiem lub tratwą a to wszystko w Gruzji znajdę.  A zatem od 5 lat co jesień, we wrześniu planuję podróż do Gruzji. Kończy się na tym, że sprawdzam w jakich cenach są bilety lotnicze. I nie podejmuję konkretnych działań.
Od lat marzy mi się podróż pociągiem do Wiednia, wizyta w Operze Wiedeskiej, kawiarni, Tort Sachera i takie tam. Nawet nie poszłam na dworzec, żeby zapytać o ceny biletów.
Za to zawsze znajdę czas żeby iść do pracy, poszukać sobie jakichś nowych, dodatkowych zajęć albo iść na zakupy.  Kiedy piszę te słowa gotuje się we mnie złość. Ileż pięknych podróży, wrażeń i doznań ominęło mnie, bo wolałam zostać w pracy. Ile razy nie pojechałam nigdzie z moimi dziećmi, bo coś było do roboty.


Trudno zmienić koleiny własnych myśli.  A może tylko tak mi się wydaje,  może ja po prostu najbardziej kocham swoją pracę?
Po kilku dniach spędzonych z dziewczynami na rozmowach, spacerach, kąpielach osiągnęłam  stan umysłu, który pozwolił mi się przenieść w  czasy mojej młodości.
O czym marzyłam będąc młodą dziewczyną? Co czysta jeszcze i nie przybita doświadczeniem wyobraźnia chciała od świata? Czego chciałam od siebie samej?
Aby zrozumieć własne marzenia a więc i własne przeznaczenie trzeba przenieść się  w wyobraźni w czasy  młodości i zrobić to, co  robiło się  albo o czym marzyło się wtedy. Kiedy sobie już to wszystko przypomnimy, wówczas my, już dorosłe a nawet dojrzałe, z odchowanymi dziećmi, czasem z mężami a czasem bez nich, zrealizowane zawodowo możemy te młodzieńcze marzenia spełniać.
Zrobiłam sondę wśród moich koleżanek i oto, co one uwielbiają robić, może i dla Was będzie to jakąś inspiacją?


Jedna z dziewczyn uwielbia w weekendy, wcześnie rano, gdy rodzina jeszcze śpi wychodzić ze swoimi psami na bardzo długi spacer. „W oddali widzę drzewa, błękitne niebo, czuję zapach  ziemi, nikt do mnie nic nie mówi  i czuję się szczęśliwa. Lubię też   gotować dla znajomych – sałatki, krewetki, mule – robię takie kolacje  dwa razy w miesiącu i naprawdę to, że mogę nakarmić przyjaciół, że spędzamy razem czas daje mi dużo radości”.
 Inna z „przyczepowych” dziewcząt  uwielbia podróże i gdyby nie praca mogłaby jeździć non-stop. Jest po rozwodzie, dzieci ma już na studiach, są samodzielne więc ona wymyśla sobie jakiś cel i jedzie.  Jeśli nie ma z kim, bo akurat wszystkie koleżanki zajęte, przyłącza się do jakiejś grupy albo wykupuje wycieczkę, która spełnia jej wymagania. Ma być poznawczo ciekawie, ma być czysto ale nie musi być luksusowo, all inclusive odpada, jedzenie jest ważne, ale nie decyduje o tym, czy wyjazd był udany. „Często mam już w głowie jakiś plan, pomysł na podroż i potem po prostu jestem czujna, a zawsze zdarza się jakaś okazja. A dla kontrastu uwielbiam  też robić domowe przetwory- gruszki w occie, konfitury wiśniowe, dżemy”. Inna z dziewczyn uwielbia koncerty więc jeździ  tam, gdzie dobrze grają. Ostatnio była na koncercie Tool i Alice in Chains  w Krakowie i następnego dnia rano prosto z pociągu z Krakowa dotarła do pracy - dodam, że jest managerem w sporej korporacji. „Uwielbiam  też chodzić na wesela, bo jest tam wszystko co kocham - jedzenie, picie i taniec. Poza tym wszyscy tego dnia są ładnie ubrani i pozytywnie  nastawieni do życia”.
I jeszcze słowo o naszej gospodyni- właścicielce przyczepy, w której spędziłyśmy tak piękny czas. Jest szanowaną panią stomatolog. Z mężem mają czworo dzieci, ładny dom w Warszawie, sporo pracy. Ale właśnie dlatego, żeby rodzina mogła pobyć razem, uprawiać ulubione wodne sporty, aby dzieci z kolegami, dziadkowie i ich koledzy, wreszcie znajomi i przyjaciele samych gospodarzy mogli spotykać się w fajnym miejscu, kupili sporą przyczepę i postawili ją na polu kempingowym na Helu. Nie muszę dodawać, że przyczepa zajęta jest prawie przez cały czas a kolejni goście stają w progu, gdy poprzedni jeszcze po sobie sprzątają.


Wszyscy są szczęśliwi i my też byłyśmy.

A Wy co kochacie robić? I jak często to robicie?

Tekst: Anna Popek
Zdjęcia: Dziewczyny z Helu :)
Dziewczyny podpiszcie się w Komentarzach pod postem ;) 

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Zdrada sposobem na małżeńską miłość?

Wydaje się, że żyjemy w czasach upadku obyczajów. Marsze na ulicach miast, obnażanie własnych preferencji seksualnych i domaganie się przyzwolenia na wszystko, co w sferze seksu można sobie wyobrazić. Rozpady małżeństw, dzieci wychowywane przez samotne matki albo ojców, szukanie zaspokojenia w sieci, umawianie się na randki przez internet, brak serdecznych więzi międzyludzkich, wypłowiała miłość, naskórkowe relacje. Szczęściem jest mieć normalny dom, w którym nikt nikogo nie zdradza, gdzie dzieci szanują rodziców, pomagają im, dobrze się uczą i nie wciągają koksu na imprezach.


Szczęściem jest zaleźć drugą połówkę, która dzieli z nami nasze życie, dając nam tyle, ile my dajemy jej.

Przygotowując się do rozpoczęcia programu pt. ”Sekrety Łoża i Stołu” zaczęłam czytać literaturę poświęconą czasom, gdy warszawskimi ulicami w karocach jeździły księżne, ludzie byli nieprzytomnie bogaci, Polska chyliła się ku upadkowi a nad każdą decyzją prawną, gospodarczą i polityczną widniał złowrogi cień carycy Katarzyny, która zręcznie osłabiała nasze państwo.

„Pani na Puławach" Gabrieli Pauszer – Klonowskiej” to powieść o Izabelli z Flemingów Czartoryskiej. Gdy wychodziła  za mąż w wieku lat 15 za  księcia Adama Czartoryskiego była chuda, blada, niemal łysa ze śladami ospy na twarzy. Kilkanaście lat później kochało się w niej pół Europy a ona chętnie korzystała z faktu, że wywiera na mężczyznach magnetyczne wrażenie. Ale zanim o moralności i o jej miłosnych podbojach, wspomnę tylko  słowo o je podejściu do spraw patriotycznych. Otóż jako bardzo młoda mężatka wybrała się z mężem w podróż do Europy. Przyjmowani byli na znakomitych dworach. Na przyjęciu u księżnej Orleańskiej niejaka Pani Clermont bardzo źle mówiła o Polsce a Izabela musiała wysłuchiwać bzdur o swoje ojczyźnie. W pewnym momencie młodziutka dziewczyna zdobyła się na odwagę i powiedziała „Urodziłam się i wychowałam w tym kraju, ale o niedźwiedziach pożerających dzieci nigdy nie słyszałam”. Zwróciło to uwagę towarzystwa. Nieco później po kolacji zaczęła się gra w karty a Iza wyjęła sakiewkę pełną złotych monet. Zauważyła to pewna starsza Pani, która zaproponowała jej spółkę. Na to wspomniana pani Clermont , która była córką owej pani powiedziała ”Proszę uważać, moja matka oszukuje.”

Izabela zaś odparła ze spokojem ”W moim kraju dzieci zjadane przez niedźwiedzie nie ośmieliłyby się powiedzieć czegoś takiego o swoje matce”. Przemądrzałej pani Clermont poszło w pięty.



A teraz już przejdźmy do spraw sercowo - sypialnianych. Kiedy mąż Izabeli książę Adam chciał wiedzieć, gdzie jest żona, pytał o to jej aktualnego kochanka! 

Mąż był starszy od Izabeli i 13 lat- nie była więc to bardzo duża różnica wieku. Znamy wszyscy współczesne pary, gdzie różnica  wieku jest co najmniej dwa razy taka. Książę Adam Czartoryski był przystojny, oczytany, światowy, oczywiście zamożny  i ..nie kochał żony. Wiadomo było, że był to mariaż majątków i żadna ze stron uczuć się nie spodziewała. Książę traktował  swoją żonę protekcjonalnie, początkowo drwił z niej i nie szanował. Nic więc dziwnego, że gdy kobieta wypiękniała, nabrała ogłady i klasy i gdy zaczęli interesować się nią inni mężczyźni - ta oddała swoje serce. Zakochał się w niej  np. reżyser sztuki, w której Izabela występowała - Fryderyk Bruhl młody i przystojny. Zostało  to zauważone i wtedy chyba po raz pierwszy mąż poczuł zazdrość o żonę. Nie na tyle jednakże, by scementować małżeństwo. Jej osoba budziła coraz więcej emocji w towarzystwie, bo choć nie była klasyczną pięknością, Izabela miała wiele wdzięku i subtelności. Niespełna dwudziestoletnia kobieta spodobała się wyraźnie królowi Stanisławowi Augustowi, nawiązał się romans, zresztą sam mąż odwoził Izabelę do zamku na spotkania z kochankiem. Sam zresztą także prowadził pozamałżeńskie bujne życie uczciwe.  Z romansu z królem narodziło się drugie  dziecko  Izy - Maria Anna złośliwie zwana przez Warszawę „Ciołkówną” – bo Stanisław August Poniatowski domniemany, a właściwie faktyczny ojciec dziewczynki był herbu Ciołek.


Poważny romans zawiązał się  też pomiędzy nią a ambasadorem Rosji w Polsce Mikołajem Repninem. Była to niezwykle wpływowa osoba, kochały się w nim rzesze kobiet, bo był także przystojny i miał silną osobowość. Do zawarcia intymnej znajomości z ambasadorem namawiał  zresztą Izabelę  zarówno mąż, teściowa oraz sam król Stanisław August Poniatowski - a argumentem jakiego używali była …miłość do ojczyzny.  Repnin pokochał Izabelę całym sercem, co zresztą uratowało potem jej  męża, gdy popadł w niełaskę. Urodziła mu syna – Adama Jerzego, który został oficjalnie uznany za potomka Czartoryskiego. Co ciekawe, wiele lat później był on  przywódcą „Hotelu Lambert”.

Niedługo potem księżna  poznała we Londynie jednego z najlepszych kawalerów ówczesnej Europy- był to  Diuk Armand Luis de Lauzun,  który tak opisywał przyszłą matkę swego dziecka; „ słodka w obejściu i w każdym swym ruchu, o niewysłowionym wdzięku, pani Czartoryska była najlepszym dowodem, że nie będąc piękną można być uroczą”. Również oni oboje zapałali do siebie gorącym uczuciem, romans trwał w najlepsze i  z tego związku także na świat przyszło dziecko -  Konstanty Aleksander Adam Tadeusz Czartoryski. Diuk obecny był nawet przy jego porodzie-  czekał na rozwiązanie  zamknięty w szafie, bo chciał być blisko ukochanej.

Po krótkim czasie również i to uczucie wygasło.  Potem do jej amantów  zaliczał się jeszcze m.in.  Kazimierz Rzewuski.

Choć Izabela męża swojego nie kochała, jednak żywiła do niego czułą przyjaźń i szacunek, była mu też posłuszna.  W swoim stylu życia i moralności Izabela nie była odosobniona. Inne damy tej epoki postępowały podobnie, o mężczyznach nie wspomnę. Być może działo się tak dlatego, że zawierając małżeństwo młodzi nie mogli kierować się uczuciem tylko posłuszeństwem? Przysięga wierności więc była od  razu nieważna?

Pragnienie jednak gorącego, szczerego uczucia musiało być w ludziach tej epoki potężne, bo miłości, miłostkom, romansom poświęcali wiele czasu, uwagi i pieniędzy.


Teraz jest chyba  inaczej. Karą za niewierność jest rozwód.  Czy to dobrze? Myślę, że jedną z dróg, które prowadzą do szczęśliwego życia jest spokój i świadomość celowości własnych działań. A przy kłamstwie  i fałszu, jakie siłą rzeczy towarzyszą zdradzie na pewno takich uczuć nie ma.



Tekst: Anna Popek
Zdjęcia zrobiliśmy w Pałacu w Nogalinie.
Suknia bordowa - Justyna Ołtarzewska.
Suknia kolorowa - WIBS.pl
Pióropusz- Ladame
Biżuteryjna opaska Stonestory
Buty-jedyne, które wytrzymały rozmokłe, żwirowe  podłoże  Caprice
Make up własny
Foto: Tomasz Krupa

sobota, 22 czerwca 2019

Moja kochana Karmelka


Piszę ten tekst ku przestrodze, bo sama przeżyłam noc grozy z czwartku w Boże Ciało na piątek. Wróciliśmy z obiadu rodzinnego poza Warszawą, pojechaliśmy na rowery i pod wieczór koło 23 poszłam na krótki spacer z psem. Gdy wróciłyśmy Karmelką do domu zaczęła dziwnie się zachowywać. Wydawała odgłosy jakby wymiotowała, ale tego nie robiła, kilka kropli śliny jedynie wyleciało z jej pyska. Oczy miała przerażone, chodziła z kąta w kąt przez cały czas, z balkonu do pokoju i z powrotem, brzuch miała wzdęty i obolały. Dobrą godzinę zastanawiałyśmy się, co robić. Za długo.



Jeśli zobaczycie takie objawy jak najszybciej jedźcie do kliniki weterynaryjnej, bo to może oznaczać, że Wasz pies ma skręt żołądka. A jeśli tak, to natychmiast potrzebna jest operacja. Przyznam, że byłam zaskoczona jak profesjonalnie i szybko zaczęli działać lekarze. Rentgen, zaraz potem kroplówka, wygolenie części brzucha i wkłucie igłą w żołądek, żeby spuścić gazy, które już zaczęły się gromadzić, co sprawiało Karmelce ból. W tym czasie już ktoś dzwonił po chirurga, aby ten w środku nocy przyjechał. Kwadrans później Karmelka leżała na stole operacyjnym a nas odesłano do domu. Godzinę później byłyśmy z powrotem pełne niepokoju, jak pies przeżył zabieg. Przeżyła, ale wciąż pozostaje pytanie czy nie pojawi się martwica żołądka. Wystarczy bowiem kilka godzin, by ten niebezpieczny dla życia psa proces się rozpoczął. Kiedy opuszczałyśmy klinikę Karmelka jeszcze spała po dużej ilości środków uspokajających i znieczulających. Niebawem ją odbierzemy. Dostanie antybiotyki i inne leki oraz będzie musiała stosować dietę lekkostrawną. Napar z lnu, poza tym gotowane delikatne mięso, marchewka i ryż. Oby się wylizała! Mam nadzieję, że przysłowie „goić się jak na psie” potwierdzi się w jej przypadku.
Zdałam sobie jednak sprawę, że kochać zwierzę, to także znać podstawowe zagrożenia, na jakie może być wystawione i eliminować je wcześnie.
Zresztą z miłością do ludzi jest podobnie.

Tekst&Redakcja: Anna Popek

Zdjęcia: Tomasz Krupa

czwartek, 20 czerwca 2019

Kwiaty pod stopy Boga


Wyobraźcie sobie łąkę, godzinę 15.00 w czerwcowe popołudnie… Lekki wiatr dotyka waszych policzków, jest ciepło, lecz nie gorąco, pod gołymi stopami czujecie łamiące się źdźbła trawy… Szelest pokonywanych metrów łąki i “biczujące” po łydkach rośliny odrywają twoją głowę od miasta w którym żyjesz. Czujesz zapach, zapach lasu w oddali, zapach łąki… zapach ziół które Cię otaczają.





Wiedza o ziołach  też tak pożądana kiedyś była niebezpieczna. Zdarzało się, że kobiety znające się ma sekretach natury były traktowane jako wiedźmy czyli te które wiedzą - jako czarownice i zabijano - gięły na stosach. Ale nie o tych przykrych sprawach będziemy mówić w ten piękny czerwcowy dzień.

Widziałam, że zainteresowaliście się artykułem pt. „Seksowna zieleń w mieście”.

Jeśli lubicie naturę - rośliny a zwłaszcza kwiaty i zioła, to teraz będzie coś dla Was. W Muzeum Zamojskiego  w Zamościu pięknie ulokowanym w samym rynku otwarto właśnie wystawę  pt. "Zielnik z malarstwie i grafice". Pomysł doskonały a realizacja- bardzo malownicza. Gdy wchodzi się do muzealnej sali na pierwszym piętrze czuć wonny, słodki zapach ziół. Stoją one rozstawione w różnych miejscach ekspozycji - w dzbanach na parapetach, koło ścian, w wazonach. Na obrazach rysunki pięknych roślin odwzorowane z naukową dokładnością. W czasach, gdy  nie było zdjęć bardzo dokładny rysunek miał pokazać, jak wygląda dana roślina. A dokładność była tu potrzebna, bowiem łatwo pomylić zioło, które leczy z tym, które może zatruć. 



„W roślinach poszukiwano panaceum na różne dolegliwości nie tylko ciała, ale i duszy. Przez wieki odkrywano ich lecznicze właściwości, które przekazywano z pokolenia na pokolenie. Z czasem zaczęto je spisywać. Tak powstały zielniki,  herbarze (z łac.herba-ziele)”. Tak pisze w zaproszeniu kurator wystawy  Magdalena Proć - Czochra. Nazywano je ogrodami zdrowia. Piękne egzemplarze zielników z muzeów i zbiorów prywatnych, tak stare, że na niektórych atrament  jest już wyblakły, ale opis zrobiony był bardzo starannie.  Na wystawie są też piękne obrazy przedstawiające rośliny - zioła i kwiaty m.in.  obrazy Leona Wyczółkowskiego i Jerzego Dudy Gracza.   Najlepiej zwiedzać wystawę   będąc ubranym w lniany strój- wtedy naprawdę można poczuć, że czas się zatrzymał. 




Dyrektorem muzeum jest Andrzej Urbański, dzięki któremu mogłam zobaczyć ekspozycję. Otaczajmy się roślinami. Doniczki w mieszkaniu, na balkonie, tarasie,  rośliny w ogrodzie pozwalają cieszyć oko pięknem przyrody bez względu na to,  w jakim miejscu mieszkamy. A ususzone płatki kwiatów będą w sam raz na procesję  Bożego Ciała. 



Tekst&Redakcja: Anna Popek
Make-up: No makeup ;)
Sukienka: WIBS.pl
Zdjęcia: Muzeum Zamoyskiego w Zamościu, Tomasz Krupa

niedziela, 16 czerwca 2019

A może odsłonić nieco więcej?

Mówi się, że kobiety modnie ubierają się dla innych kobiet a ładnie dla facetów. Zgadzam się z tym i choć oczywiście są wyjątki  w postaci mężczyzn - stylistów czy też salonowych bywalców, którzy potrafią dostrzec modowe niuanse, to jednak generalnie jest to prawda. Faceci lubią sukienki podkreślające kształty, odsłaniające nogi (choć niekoniecznie bardzo krótkie),  lubią dekolty, podoba im się wyraźny kolor ,  lubią żeby kobiety były zadbane. Komplementując nie mówią: „świetna marka” tylko „ładnie wyglądasz”, czyli dokładnie to, co chciałaby usłyszeć Coco Chanel. Miała ona powiedzieć kiedyś, że obraża ją, gdy ktoś  jej mówi jej , że ma piękną sukienkę. Powinien powiedzieć, że pięknie w niej wygląda. Bo przecież o to powinno chodzić w ubieraniu się - żeby wyglądać albo ładnie albo stosownie.


Zdjęcie: Tomasz Krupa

Co innego moda – tutaj  chodzi  często o coś zupełnie innego, o ideologię - pamiętacie te anorektyczne modelki o włosach a la topielica  noszące styl ascetyczny? Często  w modzie chodzi o to, by wypchnąć z magazynów zalegające materiały- tak było z dżinsem, czasem o nakręcenie koniunktury na produkcje nowych tkanin, a zawsze w modzie chodzi o pieniądze.

Tymczasem – o ile nie jesteśmy  kreatorem mody tylko jej prostym użytkownikiem traktować możemy ją  świadomie.
Co to znaczy? Otóż moda pełnić może różne funkcje.

Po pierwsze - zakrywa naszą nagość – tzn. zazwyczaj  zakrywa, bo ostatnio celebrytki odkryły przyjemność chodzenia na gale bez majtek, co zręcznie podkreślają  i zakładaniem  sukien z wielkim rozcięciem, które niby to „przypadkiem” odsłania kawałek tyłka.
Trzeba jednak przyznać, że eksponowanie nagości  nie jest  niczym nowym - mieszkanki starożytnej Krety nosiły piękne stroje dworskie składające się z szerokiej spódnicy i obcisłego kaftanika, który odsłaniał całe piersi. No a my teraz żyjemy w czasach, gdy do szkół  chce się wprowadzać seksualizację  a jednocześnie starannie zakrywa się sutki we wszelkich publikacjach.
Być może zasłonięte kobiece sutki to ostatni bastion upadającej cywilizacji.

Wracamy  jednak do mody i do tego, co się facetom podoba, bo właściwie to mnie najbardziej  interesuje. 
Sekretarki w pewnej firmie opowiadały mi, że kiedyś do pewnego ważnego  pana dyrektora przyszła pewna znana piosenkarka w wysokich szpilkach i króciutkiej sukience, której dekolt na plecach był tak głęboki, że odsłaniał niemalże  pośladki.  Swoją sprawę załatwiła błyskawicznie.

Jeśli chcemy podobać  się mężczyźnie ubierzmy się tak, by zrobić na nim wrażenie . W swojej książce pt.”Piękna 50” pisałam o Judycie, dzielnej starotestamentowej Izraelitce, która po to, by ocalić swoich rodaków postanowiła uwieść wodza wrogiej armii. Jak to zrobiła- opis w Biblii jest konkretny- namaściła ciało, ułożyła włosy, założyła piękna suknię ,bransoletki na ręce i stopy,  do tego piękne sandały,  perfumy itd. Słowem wszystko, co podkreśla kobiecość. Kiedy weszła do jego namiotu ów wódz - Holofernes zwrócił uwagę na jej sandały. Wyobrażacie sobie? Środek wojny a facet zachwyca się obuwiem!?
No ale widocznie to im się podoba, więc jeśli chcemy zrobić na nich wrażenie, trzeba to wykorzystać. Nie muszę dodawać, że stopy powinny być zadbane, prawda?


Zdjęcie: Tomasz Krupa

To są sytuacje specjalne - randki, poznawanie się,  imprezy, spotkania towarzyskie. Ale jak ubierać się na co dzień?
 Myślę, że kobiety, nie powinny epatować sexapilem przez cały czas, że strój powinien być ładny, estetyczny ale też  odpowiedni do pory dnia, okazji  i do naszych zajęć. Ku przestrodze - nie ubierajcie się tak, jak pewna znana pani, która na komunię własnego dziecka założyła mini do połowy uda i baaardzo wysokie szpilki.  Każde przykucnięcie czy pochylenie się to pewien ...hmm kłopot.

Pytałam moją córkę jak  się noszą jej modne koleżanki.  Otóż nie wolno być zbyt wystylizowanym, bo to jest pretensjonalne. Jeśli zakładają bluzkę w jakimś mocnym kolorze, to spódnica jest prosta w formie, bez wzorów i udziwnień. Jeśli  pojawia się jakaś zwariowana spódnica – notabene często  znaleziona w second handzie – to  zakłada się ją do zwykłej koszulki.

Ja lubię styl Audrey Hepburn , której wspaniałe  filmowe i prywatne kreacje przygotowywał sam Hubert  de Givenchy (nota bene twórca zmarł w zeszłym roku).
W ogóle lubię  francuski szyk i elegancję. Francuzki przez pokolenia obcowania  z luksusem potężnego dworu, jakim był dwór francuski i będąc wrażliwymi  na piękno, mając dobry klimat i sporo okazji, by wychodzić wieczorem wykształciły specyficzny, klasyczny i lekki styl noszenia się. Według mojej znajomej, która lata całe spędziła w Paryżu ich styl polega na …dobrej figurze.
Są wysportowane i szczupłe. Jedzą głownie mięso i sałaty i kilka razy w tygodniu uprawiają sport.   Dbają też o skórę, pielęgnują ją systematycznie i nie używają zbyt wiele makijażu. Natomiast czerwona szminka jest u nich w użyciu na porządku dziennym. Same wiecie, jak „ubiera’ taki kolor na ustach, prawda?

W szafie mają na pewno jedne ciemne spodnie, mają białe dżinsy, porządną marynarkę lekko oversizową, jeden większy kardigan, który koniecznie przewiązują paskiem.  Do białych dżinsów pasuje wszystko, ale bluzka w biało-granatowe paski z rekawem ¾ niezbyt obcisła  pasuje bardzo. Kupują głównie klasyczne rzeczy, niekoniecznie bardzo markowe, ale zawsze dobrej jakości, więc służą im latami. Z najnowszych trendów wybierają jedynie poszczególne elementy- np.  z lamparcich wzorów, tak modnych w ubiegłym sezonie prawdopodobnie wybrałyby tylko pasek albo spódnicę. Nigdy całość.

Co jeszcze noszą na swoich smukłych ciałach?  Biała koszula, czarna koszula, sukienka czarna bez rękawów, z rękawami,  czerwone spodnie, białe spodnie, ciemne cygaretki. Odkąd Coco Chanel wprowadziła marynarskie paski na salony często do formalnej marynarki zakładają taki właśnie t-sirt, bo to odmładza i nie jest dosłowne. Buty - szpilki oczywiście, ale do biegania po mieście balerinki lub mokasyny- zazwyczaj skórzane. Wygodne, dobre buty to podstawa.  Jeśli zakładają mini to do tego obszerny, nieco męski sweter lub koszula. Zwracają też uwagę na bieliznę, ma być ładna, przewiewna, elegancka. Często zresztą ubrania noszą tak, że bielizna wystaje tu i ówdzie, więc dobrze by była dobrej jakości. Biżuterii- nigdy nie za dużo naraz, ale jeśli jest to jest efektowna, droga albo sentymentalna. Podobnie z dodatkami.  

W poszukiwaniach własnego stylu musicie najpierw zapytać się siebie jaki efekt chcecie osiągnąć.  Czy ma być tylko modnie, czy wyraziście, czy poważnie czy uwodząco. Jeśli już to ustalicie, to przejrzyjcie sobie zdjęcia mody w różnych miejscach, same określcie co Wam się podoba a potem zastanówcie się jak to będzie wyglądało na Waszej figurze.
Jeśli nie chcecie na początku tego eksperymentu wydawać za dużo- wejdźcie do second handu i za grosze kupcie coś, co Waszym zdaniem będzie pasowało do nowego stylu. Nie musi być to w idealnym stanie. Ponoście, sprawdźcie czy to to a potem może znajdziecie coś podobnego w lepszym gatunku w innym sklepie? Piszę ten tekst w Zamościu, gdzie zawodowo jestem raz do roku. Zawsze zaglądam do pewnego second handu i coś tam sobie znajduję. Czasem noszę to często a czasem po dwóch, trzech razach oddaje dalej.  Wybieram zwykle klasyki. Teraz znalazłam białą, lniana koszulę z rękawem ¾  i czarna bez rękawów z kołnierzykiem. Na upały jak znalazł!


Zdjęcie: Małgorzata Popek

Sukienkę znalazłam tu w Zamościu, polski len od polskiego projektanta.Kapelusz w stylu Audrey, który mam na sobie pochodzi z firmy LaDame, która robi przepiękne nakrycia głowy i w taki dodatek warto zainwestować, bo robi wrażenie, prawda?. Do tego czerwona szminka i cudowny zamojski rynek. Czyż świat nie jest piękny?


Tekst&Redakcja: Anna Popek
Zdjęcia: Małgorzata Popek, Tomasz Krupa

wtorek, 11 czerwca 2019

Seksowna zieleń w mieście


W takie upalne dni, jakie nadeszły ostatnio cudownie jest schronić się w cieniu drzew, słyszeć nad głową szum liści, przebywać wśród zieleni. Pamiętacie mickiewiczowskie „Sonety Krymskie”? Zieleni na Krymie musiało być tak dużo i tak pięknej, że poeta choć przecież zesłany w głąb Rosji z Kowna i Wilna, gdzie roślin nie brakowało, zachwycony tamtejszą bujną, intensywną przyrodą porównał ją do potęgi oceanu. Miasto bez zieleni nie ma uroku. Jest duszne, nieładne, oschłe.



Nie na darmo w czasach „przedkorporacyjnych” mądrzy włodarze miast zakładali parki, ogródki jordanowskie i skwery.

Przykład Central Parku pokazuje, że nawet horrendalne ceny ziemi nie skłoniły nikogo, by naruszyć te zielone i pięknie zadbane płuca Nowego Jorku.  Nota bene czy wiecie, że największym pomnikiem, jaki stoi w Central Parku jest pomnik króla Władysława Jagiełły? Drzewa, krzewy, klomby powinny być obowiązkową częścią przestrzeni miejskiej,  składową architektury a obowiązek zazieleniania terenów obok nowych osiedli powinien być  wpisany w polskie prawo budowlane. Przecież często granica osiedla staje się jednocześnie nową ulicą, o którą też trzeba zadbać.

Uważam też, że wielkie parkingi pod centrami handlowymi  powinny mieć planowo rozmieszczone na swojej powierzchni drzewa.  Pomijając już fakt, że te betonowe pustynie wyglądałyby lepiej, to łatwiej byłoby też odnaleźć swój samochód. Jestem kobietą czynu i  narzekam tylko do pewnego momentu a potem zaczynam działać,  wzięłam się  więc za własne osiedle. Widok zaniedbanych trawników, suchych klepisk koło mnie i niedostatek drzew denerwował mnie codziennie, gdy wychodziłam z psem na spacer.  Ile razy można łazić wokół jednego drzewa ??
Wierzę w moc słowa pisanego najpierw napisałam piękną i zasadną petycję. Potem chodziłam od mieszkania do mieszkania na naszym osiedlu i zbierałam pod nią podpisy. Do pracy przyłączyła się moja sąsiadka Lidka, i tak udało nam się zebrać kilkaset podpisów. Potem petycję  zawiozłam do ówczesnego burmistrza Bielan.
Po pół roku posadzono trochę krzewów.

Kolejny burmistrz, bo czas płynął i w tym czasie odbyły się wybory, potraktował sprawę poważniej i pewnego dnia przyjechała na naszą ulicę ekipa i nasadziła 240 malutkich krzaczków wzdłuż ogrodzenia. Część mieszkańców,  których ogródki wychodziły na tę stronę zobowiązała się do podlewania roślin i tak też było. Na szczęście zaraz po nasadzeniach przyszły te majowe ulewy i krzewy miały szansę się ukorzenić, ale wciąż trzeba o nie dbać, więc robimy sąsiedzkie dyżury.


Z Urzędem Gminy Bielany rozmawiałam też o  nowych drzewach, bo one, prócz tego, że skutecznie niwelują smog, to zmieniają także przestrzeń. Miasto staje się ładne. Na wizję lokalną przyjechała bardzo fajna ekipa  z Urzędu Gminy i wspólnie ustaliliśmy, gdzie i co posadzić. Minęło trochę czasu, nic się nie działo, aż pewnego dnia na ulicy zobaczyłam koparkę! Wychodziłam akurat do pracy, więc nie mogłam sprawdzić co się będzie działo, ale wracałam do domu gnana ciekawością czy są już drzewa? Widok kilkudziesięciu młodych lip, które posadzono w dwóch rzędach był jednym z najpiękniejszych!  Jasnozielone, zdrowe sadzonki starannie opalikowane ciągnęły się wzdłuż płotu tworząc nową aleję. Po drugiej stronie ulicy posadzono klony a na rogu jarzębinę. Kiedy dorośnie i da owoce będzie tu naprawdę pięknie. Drzewka są smukłe, dobrze utrzymane.
Gdy rozmawiałam z panią ogrodnik mówiła mi, że pewna firma deweloperska na swojej działce budowlanej wycięła drzewa. Urząd gminy wydał na to zgodę, ale pod warunkiem, że firma nasadzi tyle, ile wycięła czyli  ponad 2000 drzew. I tak też się stało. Deweloper musiał posadzić, my zgłosiliśmy zapotrzebowanie, urząd wydał decyzję i stało się.

Za 10 lat - nie wiem czy dożyję, ale za 10 lat te drzewa będą większe, rozrosną się  i staną się częścią krajobrazu, częścią mojej dzielnicy. Można będzie usiąść pod nimi i zrobić sobie mini -piknik, można będzie pospacerować z psem, a zakochani będą mogli całować się w ładnym,romantycznym otoczeniu.
Zieleń  to życie a życie jest więc sexy a więc zieleń jest sexy, szczególnie w mieście.

Tekst&Redakcja: Anna Popek
Zdjęcia: Tomasz Krupa

sobota, 8 czerwca 2019

Patriarchacie, wróć!



Wbrew tytułowi rzecz będzie o  kobietach a konkretnie o kobiecej zazdrości. Która z Was się z nią nie zetknęła? Z rozmów, jakie prowadzę, wynika, że zdecydowana większość z nas ma takie doświadczenia.


Prawdę mówiąc nie odczuwać zazdrości to pozostawać bez pewnego ważnego mechanizmu ochronnego, bo  nie wiedząc czym jest zazdrość i co może czuć Twoja koleżanka nie podejrzewasz zagrożenia. I do głowy Ci nie przyjdzie, że prócz urody – co oczywiste - zazdrościć można także zainteresowań, ukończonych studiów, fajnych ciuchów, dobrego stylu, znajomości języków obcych, dziecka, męża, chłopaka, sukcesu sportowego, samochodu, dobrej pracy itp.  Zazdrość więc jest chyba czymś normalnym i potrzebnym, ale w procesie wychowania i pracy nad sobą jest to jedno z pierwszych uczuć, które musimy nauczyć się okiełznać. Jest bowiem bardzo niebezpieczne nie tylko  dla otoczenia – przede wszystkim dla nas samych. Mówi się przecież „zżera kogoś zazdrość”. Tak jest -  to uczucie , które nie pozwala nigdy zaznać spokoju, ciągle chce się jeszcze, swoje szczęście uzależnia się od nieszczęścia drugiej osoby.

  Niektóre kobiety,  gdy poczują to stare jak świat uczucie zaczynają reagować w typowy dla siebie sposób. A więc gdy inna pani w naszym przekonaniu jest w czymś od nas lepsza, to ujawniający się wtedy kompleks i poczucie braku własnej wartości każą działać  –  zwykle zaczyna się od złośliwości, ostentacyjnych spojrzeń, odwracania głowy, nie odpowiadania na „dzień dobry” (naprawdę, w firmach, gdzie ludzie niby po studiach na własne oczy widziałam takie sytuacje) . Potem  niszczenie wchodzi w inną fazę – przy ludziach upokarzamy, deprecjonujemy, szkodzimy eliminujemy towarzysko, zawodowo  i – co najgorsze – obgadujemy i szkalujemy. To ostatnie działa jak mikrocząsteczki plastiku w organizmie, że pozwolę sobie na aktualne porównanie. Niby nic, niby spijamy sobie z dzióbków, ale za plecami trwa walka, by w każdym zdaniu, a nawet pomiędzy zdaniami sączyć o koleżance złe słowa.


I potem nagle nie wiemy dlaczego, ktoś kto był nam życzliwy nagle przestaje być, odwraca wzrok i unika kontaktu. Co się stało? A no pewnie nasza zadrośnica przekazała komuś w sekrecie, że skrytykowałyśmy jego wygląd, albo jego żonę, powiedziałyśmy, że jest łapówkarzem albo coś w tym stylu. Wyobraźnia i głupota nie znają wszak granic. A że nieprawda? Cóż to!  Zaślepione zazdrością kobiety tego nie widzą. Przykłady?
Znam przypadki, że dziewczyny musiały zmieniać pracę, bo presja, mobbing, obrażanie i zamykanie drogi rozwoju przez ich przełożoną uniemożliwiały pozostawanie w pewnej znanej firmie.  Dziewczyny próbowały udobruchać wcześniej ową Panią.

Ale na nic  zdało się zakładanie przez  miłą, ładną dziewczynę butów na płaskim obcasie i brak makijażu. Na nic bycie do dyspozycji i uprzejmość, które poza kompetencjami wykazywała. Musiała szukać pracy gdzie indziej.  Inna jej pracownica ze zdumieniem odkryła, że trzy fakultety, które ma nie wystarczą do tego, by parzyć swojej pani kierownik kawę i wyleciała z roboty. Na marginesie, pani kierownik ma nad sobą zwierzchnika, całkowicie poddającego się jej sugestiom mężczyznę.  Kobieta potrafi omotać faceta, wiemy o tym  nie od dziś.
Inny przypadek, o którym mi mówiono - kobieta na wysokim stanowisku w innej firmie zagięła parol na swojego podwładnego. Z jakichś powodów zlecała mu dużo pracy, znacznie powyżej normy oraz jego  fizycznych możliwości. Kazała mu przychodzić do pracy w dni wolne. To było kilka lat temu, sytuacja na rynku pracy i nastroje były inne. Ten mobbing trwał dłuższy czas. Chłopak wylądował w szpitalu i po jakimś czasie zmarł, zostawiając rodzinę.

Niektóre kobiety, gdy mają władzę są bezwzględne, łatwo je obrazić, pielęgnują swoje kompleksy miast się z nimi uporać. Powiecie, mężczyźni też tak robią. Być może. Ja mam jednak inne doświadczenia.

Moja teoria - wiem, że  kontrowersyjna - jest taka.  Patriarchat, system, gdzie rządzą mężczyźni pozwał promować fajne babki i przekazywać najlepsze geny. W naturalny sposób kobiety ładne, inteligentne, przyjemne w obyciu były premiowane, zostawały żonami, mogły rodzić dzieci i  przekazywały swojej dobre geny dalej.
System, gdy  żądzą kobiety kończy się eliminacją konkurentek z zawodowo dobrych miejsc. Więc żeby zarobić i utrzymać dom, kobiety spalają się w pracy, mają jedno lub dwoje dzieci, brak im  czasu, by porządnie się nimi zająć a na to, by zadbać o siebie już w ogóle. Pokolenie się degeneruje.  Przesadzam? Może. Jeśli przeczyta to jakiś genetyk  albo antropolog, będę ciekawa jego zdania. 

Ja w każdym razie wybieram drugi sposób radzenia sobie z zazdrością. Gdy widzę fajnie ubraną, ładną kobietę, jadąca dobrym samochodem albo mądrą, na stanowisku albo z tytułami naukowymi albo przedsiębiorczą albo świetną mamę - to czuję podziw  i  jest ona dla mnie inspiracją.
Jasne, że  zdarzają mi się ukłucia zazdrości, ale natychmiast jak najszybciej przekuwam je w akceptację. Lubię piękno a kobiety potrafią to piękno pokazywać sobą. Doceniam to i z przyjemnością na nie patrzę. Trzeba się bowiem nawzajem inspirować.

Babska zazdrość jest jak brud za paznokciami. 
Może pod powierzchnią paznokcia pomalowanego hybrydą tego  brudu nie widać, ale on tam jest  i psuje cały efekt .

Nie myślcie jednak, że na swojej drodze spotykam tylko takie paskudne przypadki. Zdecydowana większość pań  ma chyba dobre zdanie o sobie i nie musi udowadniać światu swojej wartości poprzez niszczenie innych. Znam dziesiątki fajnych kobiet, które są normalnie po ludzku życzliwe.


Oczywiście tytuł tekstu „Patriarchacie wróć” jest prowokacją.
Nie chciałabym musieć nikogo prosić o pozwolenie  na otwarcie własnego kotna w banku, naukę w wybranym kierunku, że  o udziale w wyborach nie wspomnę.

Ale doceniając równouprawnienie trzeba  sobie zdawać sprawę z charakterologicznych różnic pomiędzy płciami, nie udawać, że jesteśmy tacy sami. Trzeba panować nad przywarami własnymi, zwracać uwagę na cudze oraz  mądrze i dobrze korzystać z tego, że  możemy wspólnie- kobiety i mężczyźni kształtować ten świat.

Sesje zrealizowane w Warszawie:
Modelka: Ja we własnej osobie :) oraz Viktoria Timoszenko
Tekst&Redakcja: Anna Popek
Zdjęcia: Tomasz Krupa

środa, 5 czerwca 2019

Między Świętami i Tolerancją



Piszę ten tekst pomiędzy świętami. W niedzielę obchodziliśmy uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego a w najbliższą będzie Zesłanie Ducha Świętego. Pomyślałam, że „między świętami” to właśnie metafora naszej religijności. Takiej „od świąt do świąt”. Jak przychodzi Wielkanoc to większość zasuwa z koszyczkami do kościoła, je jajka i żurek i spotyka się z rodziną. Jak przychodzi Boże Narodzenie to snujemy tkliwe opowieści o zapachu makowca i pysznym barszczyku gotowanym przez babcię.


W większości relacji ,wywiadów czy tekstów jest właśnie tak- płaska, pusta, bez wiary opowieść o tym, co faktycznie jest najważniejsze - o istocie naszej istoty.

Kiedy jakaś znana osoba powie publicznie, że wierzy, że chodzi do kościoła natychmiast dostaje łatę zaściankowca, kościółkowca, kogoś niemodnego i bez gustu. No, może ostatnio w związku ze zmianą władzy to się powoli zmienia. 


Ale sama tego doświadczyłam wielokrotnie w przeszłości. Mój kolega z którym przez lata pracowałam, zawsze określał mnie ironicznie mianem „kościelnej kruchty”, mimo, że swoim życiem religijnym nigdy nie epatowałam, odpowiadałam jedynie, gdy ktoś mnie pytał o to, czy wierzę.


Jedyną sytuacją w której sama zaczynałam „ewangelizację” był moment, gdy spotykałam kogoś głęboko nieszczęśliwego, kogoś kto się zupełnie zagubił i nie wiedząc jak mu pomóc zawsze proponowałam modlitwę i zawierzenie Bogu. Sama tak robię, gdy nie wiem co robić i wierzę, że Pan Bóg najlepiej zajmie się moimi sprawami.

Ale wracając do spraw codziennych wyborów. Mówiąc: „wierzymy, ale nie chodzimy do kościoła” zadajemy kłam naszej wierze. Absurd. Albo robić coś naprawdę, albo nie udawać. Wkurzają mnie te wszystkie śluby kościelne ludzi, którzy potem krytykują Kościól albo na co dzień w ogóle do niego nie chodzą- jest on im potrzebny tylko do tego, by stworzyć ładną oprawę na „ten wyjątkowy dzień”.

Wiem, czasem walczymy, czasem wiara nie jest dla nas czytelną drogą. Szukamy własnych wyborów - czasem w kontrze do Boga, czasem obok Niego. Czasem po prostu bez Boga. Jednak bez względu na to w kogo i jak wierzymy powinniśmy obdarzać się elementarnym szacunkiem.



Popularne teraz, a nawet nadużywane słowo „tolerancja” każe nam z przychylnością patrzeć na bliźnich bez względu na wyznanie (oczywiście o ile bliźni nie chce nas zabić w imię swoich przekonań, bo wtedy staje się terrorystą). Ja lubię słowo „wyrozumiałość”, bo jest piękne i polskie a po drugie zawiera w sobie inne słowo- rozum. Wyrozumiałość każe najpierw zrozumieć drugą osobę, poznać jej poglądy a następnie nie osądzając i nie oceniając jakoś nauczyć się ze sobą współistnieć. Warunkiem jednak tego, żeby się to udało jest szczerość - przede wszystkim wobec Boga, potem wobec siebie i na końcu wobec świata.

Tekst&Redakcja: Anna Popek
Zdjęcia: Tomasz Krupa

niedziela, 2 czerwca 2019

Burleska czyli renesans kobiecości


Wybrałam się ostatnio na burleskę. Nota bene był to dzień dziecka wiec miałam okazję zobaczyć   bardzo apetyczną  „bajkę dla dorosłych” (znacie te  zabawne scenki w których narratorem był Jan Kobuszewski ? Załączam link do jednej z nich) 




Czym jest burleska i gdzie ją można zobaczyć? 

Rzecz działa se w odnowionym i bardzo pięknie zaaranżowanym Klubie SPATIF 
w Alejach Ujazdowskich.  W salce na piętrze jest nieduża scena, cieżkie kotary odgradzały nas od świata zewnętrznego, kilka niedużych stolików przy których,  siedząc w pierwszym rzędzie można oglądać show. Widownia  pełna.  A na scenie piekna konferansjerka o ładnie uczesanych ciemnych włosach, w obcisłej sukni, na obcasach rzecz jasna i w wyraźnym choć niezbyt mocnym makijażu. Opisuję ją tak dokładnie, bo wprowadzała nas w klimat burleski. 
Gatunek sceniczny, który narodził się w XIX wieku wlasnie taki miał być- wyrazisty,zmysłowy, ładny. Lekki pastiż, parodia powaznych dzieł operowych, piekne kobiety,  często brunetki, ubrane tak by pokazać pełnię kształtów, ale by nie odsłaniać zabyt wiele przynajmniej na początku wystepu. Błyszcząca biżuteria, czerwona szmimnka, długie pomalowane paznokcie i kokieteria, która jednak nie przekracza granic wulgarności.

Cała zabawa zaczyna się, gdy na scenę wchodzą tancerki. Ubrane  w stylu XIX wiecznychm, długie suknie, wyeksponowane dekoty, piękna biżuteria, pióra we włosach, pióra w ręku, ukazująca się pod ubraniem tu i ówdzie seksowana bielizna. Dziewczya zaczyna w takt muzyki przechadzac się po scenie, tańczy i stopniwo zdejmuje poszczególne części ubrania. Zatrzymam się na moment przy gorsecie, który wyskorzystywany jest niemal w każdej stylizacji. Szurowany z tyłu, zapinany na haftki z przodu rzeźbi kobiecą figurę i nadaj jej pożądany kszatł klepsydry. Uszyty z atłasu lub innych szlachetnych materiałów  jest po prostu piekny sam w sobie. Gorsety używane przez tancerki szyte są na zamówienie. Ale dziewczyny  często też przygotowuja swoje stroje  samodzielnie wykazując się talentem i fantazją. Zgodnie z zasadą, że to, co zakryte jest najbardziej atrakcyjne, kolejne warstwy stroju,któe okazują się po jdna po drugiej  wciąż zasłaniają nagość dziewczyny. Nawet już prawie w finale, kiedy dziewczyna jest tylko w samym biustooszu, bogato zresztą zobionym, to nadal opaska na biodrach 
i zwiewny materiał  do niej doszyty zasłania ją  w intymnych miejscach  i kusząco wiruje wokół bioder podczas tańca.


Czym różni się burlska od striptisu?

Strojem bogato zdobionym, nawiązujacy do dawnej mody, brakiem dosłowności - dziewczyny odgrywają mini scenki teatralne, często grając z pubczościa i puszczając o niej oko, są dowciwne  i niedosłowne.  
I to, co najważiejsze –nigdy nie rozbierają się do końca. Na koncu ukazują nam się  w majteczkach, a ich sutki zasłonięte sa nakładkami z frędzlami.  

Muzyka zawsze dobrana jest bardzo dobrze, często są to dawne standardy jzzowe, czasem klasyka amerykańskiej muzyki, czasem tematyczne  nawiązuja do pokazu  np. do miejsa  „akcji” Nowego Orleanu czy Paryża. Po pokazie rozmaiwałam z Miss Lillet, jedną z tancerek,które oglądaliśmy. Nieprawdopodonie zgrabna, pieknie poruszająca się i  z wyraźny zacięciem aktorskim. Okazało się, że dziewczyna jest po szkole baletowej, stąd  gracja i pewność każdego ruchu. W show występowały po kolei trzy dziewczyny, kazda o nieco innym typie urody i temperamencie. Podczas wieczoru były dwie przerwy, można było zejćć do baru wyjść na miłe patio albo pooglądać zdjęcia aktorów- dawnych bywaców Klubu Spatif.  Same znakomitości 
i lubiane nazwiska. Wśród zdjęć także portret Haliny Kowalskiej, którą zobaczycie  w bajce dla dorosłych  pt. ”Diabeł i dziewczyna”, która załączam.




Poczatkowo troszkę zaskoczona byłam składem publiczności- w większości były to młode kobiety. Potem jednak doszłam do wniosku, że brakuje nam  kobiecości 
w czystej postaci. Ze świadomym użyciem całego sztafażu kobiecego, o którym pisałam wcześniej. Z wykorzystywaniem wszystkich kobiecych sposobów na uwodzenie . Kobiecości ukrytej pod pastiszem, by nie mogły jej skrytykować feministki. Współeczesna kultura trochę nas kobiety w tej kobiecości „poprzycianała”. Najpierw były lata 90, kiedy wparowałyśmy w kapitalizam i trzeba było razem z mężczyznami pracować raie w ramię. Potem  była era minimalizmu-  pamiętacie te fryzury „na topielice”, te stroje wstydliwie zakrywające sylwetkę 
i udające, że kobieta nie ma biustu i bioder. No i  wreszcie same normy, które kazały nam wiecznie się odchudzać. Burleska zbiera w s sobie śmietanę kobiecości. Ma prawo, bo przecież musi być trochę przerysowana. Ale dzieki temu jest ekspresowym kursem kobiecości. Może dlatego na widowi były głównie kobiety? Zapewnić jednak muszę, że mężczyznom obecnym na sali  występ także bardzo się podobał.  

Wasza tropicielka ciekawych tematów - Anna Popek
Tekst&Redakcja: Anna Popek
Zdjęcia: Tomasz Krupa

Jak zostałam morsem

Od wielu lat podziwiałam ludzi, którzy wchodzą do zimnej wody. Podobało mi się morsowanie, wiedziałam, że daje sporo zdrow...